Moje “trzy grosze” na temat relatywizmu językowego

Czy język, w którym wzrastamy determinuje to, w jaki sposób postrzegamy otaczającą nas rzeczywistość?

To pytanie nawiązuje do teorii relatywizmu językowego, na którym opiera sie hipoteza Sapira-Whorfa.

Flagowym przykładem w tej dziedzinie jest niewątpliwie dyskusja na temat repertuaru wyrazowego dla rodzajów śniegu w językach eskimoskich. To zagadnienie było obszernie opisywane w literaturze naukowej i nie tylko. Obecnie, teza ta uważana jest za stereotyp myślowy, głównie wśród językoznawców amerykańskich, którzy twierdzą, że dzieje się tak za sprawą nieporozumienia związanego z błędną analizą struktury tych języków. Języki eskimoskie nazywane są językami polisyntetycznymi. Oznacza to, że nośnikiem znaczenia jest jednostka o wiele mniejsza w porównaniu do języków europejskich. Nowe pojęcia, które w wielu innych językach są wyrażone poprzez słowa złożone, zwroty czy nawet całe zdania tworzy się poprzez dodawanie przyrostków do słów podstawowych (rdzenia).

W językach eskimoskich można utworzyć właściwie nieograniczoną liczbę nowych wyrazów na jakikolwiek temat, choć do wyrażenia tych samych koncepcji inne języki wykorzystałyby połączenia wyrazowe. Porównywanie liczby słów między różnymi językami traci zatem sens w przypadku, gdy zestawiane ze sobą języki operują różnymi strukturami gramatycznymi. I tak jeśli porównamy zachodniogrendladzki z angielskim możemy zauważyć, że:

„siku”, inaczej „sea ice”, stanowi rdzeń dla słowa „sikursuit”, „pack ice”, „sikuliaq”, „new ice”, „sikuaq”, „thin ice”, and „sikurluk”, „melting ice”.

W takim razie całe to zamieszanie wokół jezyków eskimoskich jest wynikiem braku rzetelnej wiedzy? Okazuje się, że nie do końca. Wiadomo, ze języki eskimoskie nie mają jednego ogólnego słowa na śnieg, ale automatycznie rozróżniają między „qaniɣ” – „falling snow”, „aniɣu” – „fallen snow”, i „apun” – „snow on the ground”. Z wyjątkiem zachodniogrenladzkiego, który nie ma „aniɣu”. To trochę jak z wyrazami typu “źródło”, “jezioro” czy “staw”, które wszystkie kojarzą się z wodą natomiast nie pochodzą bezpośrednio od tego słowa.

Śnieg, pod różnymi formami jest codziennością dla ludów dalekiej Północy, nie dziwi wiec fakt, że repertuar wyrazowy w tej dziedzinie jest bogatszy i bardziej rozbudowany. Zazwyczaj jest tak, że to, co dana społeczność uważa za istotne w swoim funkcjonowaniu jest wprost proporcjonalnie odzwierciedlone w języku, którym się posługują. Na przykład, Beduini dysponują wyjątkowo obszernym słownictwem na określenie piasku.

Interesującym przykładem jest polski termin „chamstwo”, i jego pochodne: „cham”, „chamskie” np. zachowanie, albo na przykład zwrot „to było chamskie z jego/jej strony”. Niezwykle powszechne w polskiej mowie, coś na co non stop się oburzamy. Nie znam angielskiego czy francuskiego odpowiednika. I to, że słowniki podają tłumaczenie, wcale nie znaczy, że ten termin jest w pełni przetłumaczalny. Problem ze słownikami jest taki, ze ich zadaniem jest przekładalność, wiec muszą podać słowo najbliższe znaczeniowo oryginałowi, pomijając esencję znaczenia, na którą składa się kontekst, motywacje psychologiczne mówiących, wydźwięk emocjonalny, czyli tzw. pragmatyka językowa.

Wracając do pojęcia „chamstwo”. Czy fakt tego, że dysponujemy takim terminem oznacza, że grubiańskość, brak kurtuazji i też agresja w pewnym sensie są szczególnie widoczne w polskiej mentalności? I że istnieje w społeczeństwie potrzeba napiętnowania takiego zachowania i mówienia o nim w bardzo dosadny sposób, w końcu „chamski” to dużo więcej niż angielskie „rude”?

Francuzi, natomiast, często używają zwrotu „l’usine à gaz”, co dosłownie oznacza „gazownia”. Natomiast w przenośni jest to zwrot opisujący system, proces, rozwiązanie, cokolwiek, co jest zagmatwane, trudne do zrozumienia i nieefektywne. I wydaję się, że Francuzom ten termin był bardzo potrzebny. Z własnego doświadczenia wiem, że francuski styl pracy, dyskusji czy nawet pisania korespondencji nie charakteryzuje się prostotą czy przejrzystością, wręcz odwrotnie finezją i niedopowiedzeniem.

Albo na przyklad, dlaczego mówi się „Statue of liberty” ale „Freedom of speech”? „Liberty – freedom” w sumie znaczy to samo. Niby tak, pojęcie to samo, ale na dwóch różnych płaszczyznach. „Liberty” dotyczy wolności w sensie obywatelskim i narodowym, a „freedom” to poczucie wolności jednostki, skrajne subiektywne uczucie. I to właśnie „freedom”, za sprawą powszechnej anglicyzacji, dominuje dziś w dialogu publicznym, i jest może zbyt pochopnie uważane za pojęcie uniwersalne. Ja ostatnio mogłam się przekonać jak bardzo „freedom” różni się od polskiej „wolności” oglądając dokument o amerykańskich organizacjach antyszczepionkowców. W ich argumentacji potępiającej odgórny nakaz szczepienia dzieci non stop przewijało się „freedom” i „personal rights”. Polskie pojęcie „wolności” wciąż kojarzy się z wolnością narodu, ojczyzny i jest raczej zarezerwowane na „specjalne okazje”, brzmi podniośle wręcz pompatycznie. Tak naprawdę, nie ma w języku polskim pojęcia „freedom”, albo jeszcze nie ma. Bardzo możliwe, że wraz z upływem czasu, za sprawą przemiany pokoleniowej, kulturowej, słowo „wolność” nabierze nowego wydźwięku, zbliżonego do modelu anglosaskiego.

Bo „freedom” zostało ukute w kulturze anglosaskiej właśnie, która jest skrajnie indywidualistyczna. „Freedom” odnosi się do wolności jednostki, czegoś co jest często obce kulturom kolektywistycznym (a polskiej kulturze bliżej jest do takiego modelu).

Oto kilka dodatkowych przykładów pozostających w tym nurcie. Są to pary pojęciowe, które pozwalają zdefiniować pojęcie z punktu widzenia jednostki (czyli poziom „ja i moje osobiste odczucia”) i z punktu widzenia ogółu społeczeństwa (czyli poziom „okoliczności środowiskowych, niezależnych ode mnie”) :

• “oblige” (internal: moral obligation) – “obligate” (external: imposed by law)

“accountability” (internal: connects to the notion of commitment, answerable for one’s actions) – “responsibility” (external: can be shared, be in charge of something, have a duty)

“fair” (internal perspective: what feels right and wrong for me) versus “just” (external perspective: justified under current circumstances). Na przykład, “The court ruling is not fair but it is just.” – nieprzetłumaczalne na język polski.

Często zdarza się tak, że słowa, opisujące pojęcia czy stany pozornie uniwersalne, po głębszej analizie odkrywają unikalny punkt widzenia danej społeczności językowej. Weźmy, na przykład „narzekanie”, to takie ludzkie. Owszem, ludzie bez względu na język czy pochodzenie mają potrzebę krytykowania, wyrażania sprzeciwu i niezadowolenia. Warto jednak przeanalizowac pochodzenie i znaczenie używanych słów, żeby lepiej zrozumieć jakie emocje, wartości i stan umysłu one wyrażają. W kulturze francuskiej pojęciem leżącym w centrum takich emocji jest „râler”, które można przetłumaczyć jako „narzekać”, „marudzić”, „jęczeć”, „psioczyć”. Najlepiej jest zrozumieć znaczenie tego słowa obserwując Francuzów „w akcji”. I rzeczywiście Francuzi narzekają inaczej niż Polacy, powiedziałabym że oni raczej dają wyraz sprzeciwu aniżeli użalaja się nad swoim losem.

Dodajmy do tego jeszcze inne słowa i wyrażenia bliskie pojęciu „râler”, jak „un coup de gueule” („un coup” – „cios”, „une gueule” – „gęba”, „pysk” czyli coś w rodzaju „dać upust swojemu niezadowoleniu”, ale z mocnym naciskiem na krytykę i protest) i „gueueler” (czasownik od „une gueule”, cos w rodzaju polskiego „wrzeszczeć”). Francuski ma naprawdę bogate słownictwo jeżeli chodzi o wyrażanie sprzeciwu czy protestu. W końcu jest to naród, który słynie z rewolucji i strajków.

Niekiedy, w przypadku języków mało popularnych i będących pod dużym wpływem innych języków, pewnych pojęć, nawet bardzo elementarnych po prostu brak ze względu na ograniczony stopień rozwoju języka. W luksmeburskim, na przykład „zjeść śniadanie” to „Kaffi drénken” (czyli „pić kawę”, nawet jeśli pijemy herbatę na śniadanie i jemy kanapkę). Nie ma czasownika „kochać”, „kocham cię” tłumaczymy jako „Ech hunn dech gär” (dosłownie „Ja mam Cię chętnie”, a bardziej po polsku coś w rodzaju „Podobasz mi się”). „Ogórek”, taki surowy to też „Cornichon”. I to nie oznacza wcale, że Luksemburczycy nie wiedzą co to znaczy prawdziwie kochać, bo nie mają na to słowa i, że nie widzą różnicy między ogórkiem i korniszonem.

I jeszcze na koniec kilka przykładów z gramatyki. Badania pokazują, ze ludzie uczący się języka obcego w warunkach szkolnych (np. na kursie językowym, zazwyczaj poprzez język ojczysty), nie mają większych problemów z opanowaniem słownictwa. Co więcej poszerzają swoją mapę pojęciową i wzbogacają ją o nazewnictwo i słownictwo, którego nie posiadają w języku ojczystym. Natomiast, nie udaje im się idealnie opanować gramatyki czy wymowy. Wychodzi na to, że język w którym wzrastamy w pewnym stopniu programuje nasz mózg na postrzeganie otaczającego nas świata w określony sposób, szczególnie jeżeli chodzi o postrzeganie wydarzeń w czasoprzestrzeni. Możemy oczywiście oswoić obcą gramatykę, ale wydaje mi się, że niemożliwym jest całkowicie ją zinternalizować i myśleć o czasie i przestrzeni w języku obcym tak jak rodzimy użytkownik tego języka.

Dlatego tak wielu Polaków zaczynających swoją przygodę z nauką języka angielskiego robi błąd typu „I have been learning English since 2 years” zamiast „for 2 years”. Jak również z przerażeniem myślą o tych wszystkich angielskich „czasach” (szczególnie „perfect tenses”). Żaden „native speaker” sobie tym nie zaprząta głowy tak jak żadnemu Polakowi nie mylą się rodzaje (tj. męski, żeński i nijaki) rzeczowników, czy ich odmiana przez przypadki.

Albo przyimki miejsca, „at the street” czy „in the street” versus polskie „na ulicy”, „po ulicy”. Albo, „stars in the sky” versus „gwiazdy na niebie”. Chyba każdy, kto uczył się języka obcego przyzna, że jest to jedna z najtrudniejszych rzeczy do zapamiętania, choć może nie aż tak istotna.

Podsumowując, teorię relatywizmu językowego należy rozpatrywać pod kątem różnorodności w postrzeganiu rzeczywistości otaczającego nas świata, jednocześnie pamietając o efekcie determinizmu jezykowego, który może ograniczać nasz umysł. To, że pewne pojęcia nie istnieją w naszym języku ojczystym, nie oznacza, ze nie jesteśmy ich w stanie zrozumieć a nawet przyswoić. Ale warto się zastanowić, dlaczego tak jest, sięgnąć głębiej, zainteresować się etymologią słowa i starać się zrozumieć czy poprzez brak terminu opisującego jakiś aspekt życia nie jest on przypadkiem mniej istotny a wręcz lekceważony w naszym społeczeństwie. Myślę, że takie podejście bardzo otwiera umysł i jest świetnym punktem odniesienia jeżeli chodzi o rozwijanie tolerancji, walkę z uprzedzeniami i stereotypami.

Leave a comment